Monthly Archives: Sierpień 2015

Bunt nad Tybrem Beata Zajączkowska GN 33/2015 |

Włosi coraz głośniej protestują w obronie życia, dzieci i rodziny. Pójście pod prąd ogólnoświatowym trendom i obrona prawdy o rodzinie to jedno z najważniejszych wyzwań stojących dziś przed ludzkością – twierdzą.

Bunt nad Tybrem L OSSERVATORE ROMANO /EPA/PAPAntonio Oriente – jeden z inicjatorów akcji w obronie tradycyjnego modelu rodziny – przez lata zabijał nienarodzone dzieci. Kiedy się nawrócił, „narzędzia zbrodni” ofiarował papieżowi

Maria Scicchitano jest mamą 3-letniej Chiary. Gdy jesienią odbierała córeczkę z rzymskiego żłobka, dowiedziała się, że zajęcia będą skrócone, ponieważ wychowawczynie przechodzą europejskie szkolenie. Kierowana zawodową ciekawością, gdyż sama jest psychologiem, zaczęła dopytywać o szczegóły. Otrzymywała dość wymijające odpowiedzi i dopiero z czasem dowiedziała się, że opiekunki zgłębiają naukowe zasady teorii gender. – Byliśmy z mężem zszokowani. Słysząc o naszych obawach, dyrektorka placówki zapewniła, że nie będzie to miało najmniejszego wpływu na kształcenie naszej córki i że o wszystkich zmianach programowych będziemy informowani. Prosiła, byśmy nie alarmowali pozostałych rodziców – opowiada Scicchitano.

Sekrety rzymskiego żłobka

Szybko okazało się to nieprawdą. Gdy po kilku tygodniach przyszła po córkę, zobaczyła na półce nowe książeczki: „Dlaczego masz dwie mamusie”, „Dlaczego masz dwóch tatusiów”. – Z serwowanych dzieciom opowieści poznałam m.in. historię pary lesbijek z dwoma córeczkami wyjaśniającą, że co prawda do tego, by powstało dziecko, potrzeba mężczyzny i kobiety, czyli spermy i komórki jajowej, ale w Holandii w szpitalu wkłada się kobiecie spermę do brzuszka i po kłopocie – opowiada matka. Książeczka „Sekrety mojego tatusia” tłumaczyła dzieciom, dlaczego tato zamiast żony ma przyjaciela, a „Brzydkie kaczątko” wyjaśniało, że jeśli nie chcesz być dziewczynką, możesz zawsze zostać chłopcem, to tylko kwestia wyboru. Małżonkowie podnieśli raban i okazało się, że pozostali rodzice nie wiedzieli o wprowadzaniu w żłobku teorii gender. Gdy wyszło na jaw, że dwu-, trzyletnie maluchy były zachęcane do wzajemnego obmacywania się, by poznać różnice w budowie anatomicznej, zagrozili zabraniem dzieci ze żłobka.

Więcej w wydaniu papierowym lub e-wydaniu.

Czytaj dalej

Papież o rozwiedzionych w nowych związkach

Papież o rozwiedzionych w nowych związkach

DODANE 2015-08-05 12:16

KAI |

„Niech każdy wypełnia swoją rolę, podejmując postawę Dobrego Pasterza, który zna każdą ze swych owiec i żadnej nie wyklucza ze swej nieskończonej miłości!” – powiedział Ojciec Święty podczas dzisiejszej audiencji ogólnej. Swoją katechezę Franciszek poświęcił sytuacji osób rozwiedzionych żyjących w nowych związkach. Jego słów w Auli Pawła VI wysłuchało około 9 tys. osób.

Papież o rozwiedzionych w nowych związkach PIOTR CZYŻEWSKIWatykan, Audiencja generalna z papieżem Franciszkiem

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!

Wraz z dzisiejszą katechezą podejmujemy ponownie naszą refleksję na temat rodziny. Po tym, jak mówiliśmy ostatnim razem o rodzinach zranionych z powodu nieporozumieniu między małżonkami, chciałbym dziś zwrócić naszą uwagę na inną sytuację: jak zatroszczyć się o tych, którzy na skutek nieodwracalnego rozpadu swej więzi małżeńskiej podjęli życie w nowym związku.

Kościół dobrze wie, że taka sytuacja jest sprzeczna z chrześcijańskim sakramentem. Jednak jego spojrzenie nauczyciela zawsze czerpie z serca matki; serca, które ożywiane Duchem Świętym zawsze poszukuje dobra i zbawienia osób. Dlatego właśnie odczuwa on obowiązek, „dla miłości prawdy”, „właściwego rozeznania sytuacji”. Tak wyraził się w adhortacji apostolskiej „Familiaris consortio” (n. 84) św. Jan Paweł II, wskazując na przykład różnicę między tymi, którzy doznali separacji, a tymi, którzy ją spowodowali. Musimy uczynić to rozeznanie.

Jeśli następnie spojrzymy także na te nowe związki oczyma maluchów, a one widzą, to tym bardziej widzimy pilną potrzebę rozwijania w naszych wspólnotach autentycznego przyjęcia osób żyjących w takich sytuacjach. Dlatego jest ważne, aby styl wspólnoty, jej język, jej postawy zawsze zwracały uwagę na osoby, począwszy od maluchów. To one cierpią najbardziej z powodu tych sytuacji. Ponadto jak możemy zalecać tym rodzicom, aby czynili wszystko, co w ich mocy, żeby wychowywać dzieci do życia chrześcijańskiego, dając im przykład wiary przekonanej i praktykowanej, jeślibyśmy trzymali je z dala od życia wspólnoty, tak jakby byli ekskomunikowani? Trzeba sprawić, aby nie dodawać nowych ciężarów ponad te, jakie dzieci w takich sytuacjach już muszą znosić! Niestety, liczba takich dzieci i młodzieży jest naprawdę wielka. Ważne, aby odczuwały one, że Kościół jest matką troszczącą się o wszystkich, zawsze gotową do słuchania i spotkania.

W minionych latach Kościół doprawdy nie był ani niewrażliwy, ani też leniwy. Dzięki pogłębieniu dokonanemu przez pasterzy, kierowanemu i potwierdzonemu przez moich poprzedników, bardzo wzrosła świadomość, że konieczne jest braterskie i uprzejme przyjęcie w miłości i prawdzie ochrzczonych, którzy zawarli nowy związek po rozpadzie małżeństwa sakramentalnego. Osoby takie nie są ekskomunikowane i nie powinny być traktowane jako takie: zawsze są one częścią Kościoła.

Papież Benedykt XVI podjął tę kwestię, wzywając do uważnego rozeznania i mądrej opieki duszpasterskiej, wiedząc, że nie mamy „prostych odpowiedzi” (rozmowa z uczestnikami VII Światowego Spotkania Rodzin w Mediolanie, 2 czerwca 2012, odpowiedź 5).

Stąd powtarzające się wezwanie pasterzy do okazywania otwarcie i konkretnie gotowości wspólnoty, by ich przyjąć i dodać im otuchy, żeby żyli i coraz bardziej rozwijali swą przynależność do Chrystusa i do Kościoła, przez modlitwę, słuchanie słowa Bożego, uczestnictwo w liturgii, chrześcijańskie wychowanie dzieci, miłosierdzie i posługę ubogim, zaangażowanie na rzecz sprawiedliwości i pokoju.

Biblijny obraz Dobrego Pasterza (J 10,11-18) streszcza misję, jaką Jezus otrzymał od Ojca: aby dać swoje życie za owce. Ta postawa jest także wzorem dla Kościoła, który przyjmuje swoje dzieci jak matka, która oddaje za nie swoje życie. „Kościół jest powołany, aby zawsze był otwartym domem Ojca, jego drzwi nie mogą być zamknięte […] Wszyscy mogą w jakiś sposób uczestniczyć w życiu Kościoła; wszyscy mogą należeć do wspólnoty… Kościół… jest ojcowskim domem, gdzie jest miejsce dla każdego z jego trudnym życiem” (adhort. ap. Evangelii gaudium, n. 47).

Podobnie wszyscy chrześcijanie są powołani do naśladowania Dobrego Pasterza. Zwłaszcza rodziny chrześcijańskie mogą współpracować z Nim, troszcząc się o rodziny zranione, towarzysząc im w życiu wiary wspólnoty. Niech każdy wypełnia swoją rolę, podejmując postawę Dobrego Pasterza, który zna każdą ze swych owiec i żadnej nie wyklucza ze swej nieskończonej miłości! Dziękuję!

Dwie kreski szczęścia Barbara Gruszka-Zych GN 32/2015

Sylwia Zając czekała na maleństwo cztery i pół roku. Monika Kasprzyca – dwadzieścia lat. Mówią, że to cuda, które zdarzyły się przy pomocy mądrego lekarza.

Dwie  kreski  szczęścia ARCHIWUM DOMOWESylwia Zając i jej mąż czekali na maleństwo cztery i pól roku

Sylwia Zając o naprotechnologii dowiedziała się z ulotek, na które trafiła w Licheniu, kiedy jako katechetka pojechała tam na pielgrzymkę z dziećmi pierwszokomunijnymi. Monika Kasprzyca wpadła na tę informację podczas spotkań ogniska wspólnoty Świętej Rodziny w Rybniku. – To było odkrycie, że istnieje sposób, który pomaga w poczęciu dziecka w sposób naturalny, zgodnie z rytmem cyklu każdej kobiety, przy wsparciu szczegółowej diagnostyki medycznej – opowiada. – Ja straciłam nadzieję na dziecko, ale chciałam żyć jak człowiek, bez stałego brania hormonów. – Naprotechnologia to szansa dla osób, które chcą być traktowane z szacunkiem i godnością, nie godzą się na faszerowanie chemią – podkreśla Sylwia Zając. – To też okazja, żeby wsłuchać się w siebie i poznać swój organizm. Doktor Przemysław Binkiewicz, do którego obie trafiły, najpierw podjął zdecydowane działania medyczne, a kiedy zrealizował swój plan, przyznał: „Zrobiłem, co do mnie należało, dziecko powinno się począć. Teraz wszystko w rękach Boga”. – Od początku zapewniał o modlitwie – wspomina Sylwia Zając. – Kiedy zadzwoniłam z wiadomością, że jestem w ciąży, nie był zdziwiony. „Wierzyłem, że tak się stanie” – powiedział. Zrozumiałam, dlaczego każda wizyta u niego działała na mnie tak uspokajająco.

Delikatne kopniaczki

Sylwia Zając, 33-letnia katechetka w szkole podstawowej w Krotoszynie, jest w 22. tygodniu ciąży. – Kiedy ostatnio robiliśmy USG, maleństwo miało zaciśnięte nóżki, więc nie było widać, jaką ma płeć, a rączki złożyło jak do modlitwy – opowiada. – Jakby przyłączyło się do naszych modlitw, bo jest wyproszone u Boga. Z Łukaszem, pracującym w firmie samochodowej, pobrali się 21 sierpnia 2010 r. – Po półtora roku bezskutecznych starań o dziecko zostałam skierowana na badania hormonalne. Okazało się, że mam wysoką prolaktynę i lekarz kazał mi się udać do poradni leczenia niepłodności. Kiedy na badaniu HSG, diagnozującym drożność jajowodów, stwierdzono, że wszystko jest w porządku, a do zapłodnienia nie może dojść, pan doktor zaproponował nam inseminację albo in vitro. Stanowczo odmówiliśmy, tłumacząc, że to niezgodne z naszym sumieniem. Kiedy dowiedzieliśmy się o naprotechnologii, zaczęliśmy szukać stosujących ją lekarzy. We Wrocławiu znaleźliśmy dr Urszulę Sieradzką. Bardzo dogłębnie zajęła się naszym problemem – zrobiła wywiad, badania ginekologiczne, hormonalne i USG. W obrazie USG widać było torbiel w prawym jajniku. Dr Sieradzka przypuszczała, że to endometrioza, i dlatego skierowała nas do dr. Binkiewicza, który zajmuje się jej chirurgicznym leczeniem. 30 kwietnia 2013 r. doktor wykonał u mnie laparoskopię. Potem musiałam zacząć obserwować swój organizm. Opatrznościowo trafiliśmy w Kaliszu do Agnieszki Kupis-Kowalskiej, instruktorki pomocnego w naprotechnologii modelu rozpoznawania płodności, tzw. modelu Creightona. Polega on na obserwacji śluzu szyjki macicy, wydzieliny pochwowej, długości cyklu, intensywności krwawień miesiączkowych, występowania plamień i zapisywania tych informacji na karcie. Każdego dnia oznaczałam je specjalnymi znaczkami, które podczas wizyt analizował lekarz. Te obserwacje trwały dwa lata, od maja 2013 r. 21 marca 2015 r. na teście ciążowym zobaczyłam dwie kreski. Nie wierzyłam własnym oczom! Radość była ogromna, zwłaszcza że lada moment czekała mnie kolejna laparoskopia, bo pojawiły się kolejne ogniska endometriozy. Podczas drugiego badania HSG kontrast przechodził z oporem przez jajowody. Mąż, który akurat miał dzień wolny, z przekonaniem powiedział: „To jest na pewno to. Wreszcie nadszedł ten czas”. Wspierał mnie przez te lata, a wtedy powiedział, że miał pewność, że ta chwila prędzej czy później nadejdzie. Tego dnia spotykaliśmy się na imieninach mojego taty Józefa. Miałam łzy w oczach, kiedy oznajmiłam tę nowinę przy stole rodzicom, bratu i trzem siostrom.

Więcej w wydaniu papierowym lub e-wydaniu.

Czytaj dalej

Prawo poza ideologią GN 32/2015

O dramatycznym w skutkach wypieraniu z polskiego prawodawstwa zdrowego rozsądku przez ideologię z abp. Henrykiem Hoserem, ordynariuszem warszawskopraskim rozmawia Agata Puścikowska

Prawo poza ideologią JAKUB SZYMCZUK /FOTO GOŚĆUstawa o in vitro jest fatalna, to szkodliwy prawny produkt, którego skutki będą negatywnie wpływały na całe społeczeństwo – mówi abp Henryk Hoser
Agata Puścikowska: Drugie rekolekcje na stadionie i znów tysiąc sprzecznych komentarzy. Do krytyki ze strony osób „kościelnie niezorientowanych” doszła ostra krytyka ze strony „ultrakatolików”. W prześmiewczym tekście na temat o. Bashobory przeczytałam, że podczas rekolekcji pewien kapłan „z butami wskoczył na ołtarz”. Abp Henryk Hoser: Bardzo nieprawdziwe i nieuczciwe stawianie sprawy. Na strukturze służącej za ołtarz, już po Mszy św., stała monstrancja z Najświętszym Sakramentem. Właściwie była to podstawa pod monstrancję, w kształcie krzewu, rzeźbiona, wysoka na półtora metra i bardzo ciężka. Wcześniej przyniosło ją na ołtarz, z trudem, czterech kapłanów. Po Mszy św. jeden z księży rzeczywiście wszedł na podium, uwaga – bez butów – żeby z rzeźbionej podstawy wyjąć samą monstrancję. Oczywiście, było to zachowanie całkowicie spontaniczne i nieprzewidziane. Ksiądz pobłogosławił ludzi na stadionie Najświętszym Sakramentem na zakończenie adoracji. Wierni, znając kontekst sytuacji, nie widzieli nic niestosownego. Modlili się i wielbili… Dzięki temu wejściu – niejako na podest – ksiądz był lepiej widoczny, a co istotne: Najświętszy Sakrament był lepiej widoczny. Stadion to nie jest liturgia katedralna i podobne rozwiązania miały miejsce w czasie pielgrzymek papieskich, jako odpowiedź na potrzebę chwili. Zresztą uderzające jest zacietrzewienie osób krytykujących rekolekcje. Chociaż w większości nie uczestniczyły w wydarzeniu, pozwalają sobie negatywnie je komentować i dyskredytować. Oczywiście „z troski”. Delikatnie przypomnę, że na przykład św. Teresa wchodziła na ołtarz, całowała tabernakulum, pukała i pytała: „Jesteś tu, Jezu?”. Natomiast ojciec święty Jan Paweł II celebrował Msze św. na dnie odwróconego kajaka. I co potem? Nie wolno było tego kajaka używać i chodzić po nim? Niekonsekrowany ołtarz ze Stadionu Narodowego zaraz po rekolekcjach został rozebrany. Czasem odnoszę wrażenie, że komuś naprawdę zależy, by mocno krytykować wszelkie działania, w które bezinteresownie włączają się tysiące ludzi, a które to działania są zorientowane na nową ewangelizację.
Pobierz poniższy plik

Czytaj dalej

Filmy

Zapisz się do newslettera